Rainer Zitelmann – Czy nadeszła pora, by porzucić słowo „kapitalizm”? Nie tak szybko

Wstrzymajcie się z wyrzucaniem koszulek z nadrukiem „Kocham kapitalizm”.

„Dlaczego zawsze mówisz o kapitalizmie, a nie o gospodarce rynkowej? Samo użycie słowa kapitalizm odrzuca tak wiele osób”.

Wielokrotnie zadawano mi to jakże kluczowe pytanie. Przede wszystkim odpowiedź brzmi: „Tak, to prawda”.

Dla wielu osób, prawdopodobnie na całym świecie, słowo „kapitalizm” źle się kojarzy. Z całą pewnością jest tak w przypadku czternastu krajów, w których na moje zlecenie firma Ipsos MORI przeprowadziła sondaż dotyczący postaw mieszkańców wobec kapitalizmu. Jego wyniki pokazały, że wszędzie na świecie poparcie dla kapitalizmu jest tym większe, im bardziej unika się używania tego jakże problematycznego słowa oraz gdy w taki sposób formułuje się pytania, by opisać, czym jest kapitalizm, tyle że innymi słowami. Nie jest to dla mnie żadnym zaskoczeniem – dokładnie tego się spodziewałem. Bardziej interesujące jest to, że w dziewięciu z czternastu krajów, w których przeprowadzono sondaż, nie było większości opowiadającej się za kapitalizmem nawet wtedy, gdy w pytaniach nie pojawiało się słowo „kapitalizm”. W większości krajów poglądy antykapitalistyczne uzyskały większe poparcie niż te prokapitalistyczne – nawet wtedy, gdy w badaniu sondażowym nie pojawiało się słowo „kapitalizm”.

Czy skoro słowo to drażni tak wiele osób, nie byłoby rozsądnym je porzucić? Ekonomistka Deidre McCloskey, którą darzę niezwykłym szacunkiem, wiele lat temu zasugerowała, że powinniśmy posługiwać się alternatywnym określeniem „innowizm”[1], ponieważ lepiej opisuje ono, czym w istocie jest „kapitalizm”. Lecz to słowo się nie przyjęło. Ciężko jest, a w zasadzie jest to praktycznie niemożliwe, wprowadzić do debaty publicznej zupełnie nowe określenie. Bądź co bądź, 99,99 procent ludzi nie wie nawet, co takie nowe słowo w ogóle znaczy.

W niektórych krajach ludzie wolą mówić o „gospodarce rynkowej”. W Niemczech często słyszy się odwołania do „społecznej gospodarki rynkowej”. Niemniej określenie to mocno ewoluowało, odkąd Ludwig Erhard, minister gospodarki Republiki Federalnej Niemiec, po raz pierwszy wprowadził je do dyskursu w latach 1949–1963. Dla Erharda „społeczna gospodarka rynkowa” nie oznaczała – jak jest to obecnie interpretowane – trzeciej drogi między socjalizmem a kapitalizmem. Był on bowiem przekonany, że im bardziej wolna jest gospodarka, tym jednocześnie bardziej jest ona społeczna. Pod koniec lat czterdziestych idea „społecznej gospodarki rynkowej” służyła przede wszystkim jako wytrych mający sprawić, by powrót do gospodarki kapitalistycznej był czymś akceptowalnym dla niemieckiego społeczeństwa – co w tamtym okresie wcale nie było takie oczywiste. Bądź co bądź, naziści posługiwali się twardą antykapitalistyczną retoryką, a czynnik „społeczny” był już dość mocno podkreślany w ówczesnych Niemczech.

W przeciwieństwie do nadanego jej współcześnie znaczenia, Erhard uważał gospodarkę rynkową w równym stopniu za gospodarkę „społeczną” – niezależnie od następujących później prób dokonywania redystrybucji, co do których on sam był sceptyczny. Im większe sukcesy na polu polityki gospodarczej, tym mniej potrzebna staje się polityka społeczna w jej tradycyjnym rozumieniu.

Niemniej jednak określenie „społeczna gospodarka rynkowa” jest od tamtej pory zawłaszczane przez jej przeciwników. Dziś w Niemczech każdy jest (przynajmniej na to wygląda) zwolennikiem „społecznej gospodarki rynkowej” – nawet przedstawiciele antykapitalistycznej skrajnie lewicowej partii Die Linke. Właśnie dlatego wolę mówić o kapitalizmie, nawet jeśli określenie takie jak „gospodarka przedsiębiorcza” lepiej oddawałoby esencję tego, co mam na myśli, gdy wspominam o „kapitalizmie”.

Jeśli z jakimś określeniem związane są negatywne konotacje, nie ma sensu skupiać się wyłącznie na próbach zastąpienia go jakimś innym terminem. Wprost przeciwnie. Ci, którzy unikają jakiegoś słowa tylko dlatego, że obawiają się krytyki, obnażają swoją słabość i brak pewności siebie. A nie ma żadnego, choćby najmniejszego powodu, by odczuwać w tym kontekście słabość czy niepewność. Zanim pojawił się kapitalizm, większość światowej populacji żyła w skrajnej nędzy – w 1820 roku odsetek ten wynosił 90 procent. Obecnie liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie to mniej niż 10 procent. Co zdumiewające, w ostatnich dziesięcioleciach tempo zmniejszania się poziomu ubóstwa przyspieszyło bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. W 1981 roku odsetek ten wynosił 42,7 procent, w roku 2000 spadł do poziomu 27,8 procent, a w roku 2021 zszedł poniżej 10 procent światowej populacji. Biorąc pod uwagę takie osiągnięcia, żaden zwolennik kapitalizmu nie powinien czuć się zażenowany ani nie powinien się z tego powodu ukrywać.

Zbyt często słyszę ludzi, którzy „bronią” kapitalizmu, twierdząc, że „Owszem, kapitalizm w żadnym razie nie jest idealny i ma całkiem sporo mankamentów, ale w ogólnym rozrachunku i tak jest lepszy od innych systemów gospodarczych”.

Ale po co przyjmować postawę obronną?

Mam pozytywne doświadczenia związane z byciem ofensywnym, gdy przychodzi do bronienia kapitalizmu. Występuję jako mówca na wydarzeniach poświęconych temu zagadnieniu organizowanych na całym świecie, często w koszulce z napisem „Kocham kapitalizm”. Nawet jeśli wśród zgromadzonych jest wielu młodych ludzi, zwykle nastawionych antykapitalistycznie, zazwyczaj szanują to, że na sali jest ktoś, kto otwarcie deklaruje swoje poglądy i nie rozmienia się na drobne. A skoro niektórych wręcz prowokuje określenie „kapitalizm” – tym lepiej, gdyż dzięki temu można od razu przejść do debaty na temat korzyści, jakie ten system za sobą niesie!

Autor: Rainer Zitelmann

Źródło: FEE.org

Tłumaczenie: Przemysław Hankus


[1] Deidre N. McCloskey, Burżuazyjna godność. Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata?, tłum. Jan Lewiński, Marcin Zieliński, Instytut Ludwiga von Misesa, Wrocław 2017, s. 103 [przyp. tłum.].

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Shopping Cart